W ewangelicznej szkole miłosierdzia!

 

ks. Franciszek Ślusarczyk

 

Przygotowując się do nawiedzenia obrazu Jezusa Miłosiernego, chcemy duchowo pielgrzymować do krakowskich Łagiewnik, aby się spotkać i zaprzyjaźnić z apostołami Jezusa Miłosiernego. Wśród dziewięciu nowych dzwonów (carillonów) odnajdujemy imiona siedmiu świętych, którzy wzrastali i dojrzewali do świętości przy Sercu Jezusa Miłosiernego. W tej szkole są takie piękne postacie, jak: św. Stanisław BM, św. Jacek, św. Królowa Jadwiga, św. Jan Kanty, św. Rafał Ka­linowski, św. Brat Albert oraz św. Faustyna Kowalska. Melodie tych dzwonów wzywają pielgrzymów do modlitwy, zachęcają do ufności, a przede wszystkich są cennym zaproszeniem do wchodzenia na drogi miłosierdzia, które prowadzą do świętości. W tej szkole dojrzewało także serce Jana Pawła II, który w tej galerii – obok Siostry Faustyny – jest najbliżej Jezusa Miłosiernego. On nam przypomina, że serdeczna więź z apostołami Bożego miłosierdzia jest najlepszą gwarancją zdobywania Bożej mądrości; co więcej, że w orszaku świętych i błogosławionych jest również miejsce dla każdego z nas, jeśli tylko w tej szkole miłosierdzia będziemy wytrwałymi uczniami Jezusa.

 

1. Św. Stanisław BM (ok. 1035–1079) – patron ładu moralnego

Ewangeliczna przypowieść o ziarnie pszenicy wrzuconym w ziemię uświadamia nam ważną prawdę, że jeśli ma ono wydać plon obfity, musi najpierw obumrzeć. Doświadczył tego u progu drugiego tysiąclecia chrześcijaństwa na polskiej ziemi pasterz Kościoła krakowskiego – biskup Stanisław, pochodzący ze Szczepanowa. Historia podaje nam kilka szczegółów jego biografii, ale dla ludzi wierzących jeszcze ważniejsze jest jego świadectwo odważnej wiary oraz heroicznej troski o ład moralny. One bowiem zadecydowały o tym, że wdzięczna pamięć o Stanisławie biskupie i męczenniku trwa w narodzie polskim już ponad 900 lat!

Z okazji tego jubileuszu przybył do Polski – po raz pierwszy jako papież – syn polskiej ziemi Jan Paweł II, który zanim został następcą św. Piotra na rzymskiej stolicy, był następcą św. Stanisława w Krako­wie. Pasterską posługę przyszło mu pełnić w jakże niełatwym okresie zniewolenia komunistycznego i zaplanowanej ateizacji. Dlatego tak często powracał do postaci i posługi tego odważnego poprzednika, który nie bał się upomnieć nawet króla. Wiemy, że Stanisław zapłacił za to cenę najwyższą, ale jego męczeńska krew stała się cennym darem dla kolejnych pokoleń. Kard. Karol Wojtyła lata jego pasterskiej posługi (1072–1079) przypomniał i ożywił poprzez zwołanie na okres 7 lat Synodu Diecezji Krakowskiej. Boża Opatrzność sprawiła, że na zakończenie tego wydarzenia przybył już z Rzymu jako papież. Jan Paweł II na krakowskich Błoniach dokonał wówczas Bierzmowania Narodu i przypomniał, że św. Stanisław w duchowych dziejach Polaków stał się patronem zasadniczej próby wiary i charakteru. „Czcimy Go – mówił Ojciec Święty – jako patrona chrześcijańskiego ładu moralnego, albowiem ład moralny tworzy się poprzez ludzi. Dochodzi w nim więc do głosu ogromna ilość takich prób, z których każda jest próbą wiary i próbą charakteru. Od każdej zwycięskiej próby w ostateczności zależy ład moralny. Każda próba przegrana przynosi nieład”. I w formie pewnej przestrogi Jan Paweł II dodał: „Wiemy też doskonale z całych naszych dziejów, że absolutnie, za żadną cenę, nie możemy sobie pozwolić na ów nieład. Za to już wiele razy gorzko zapłaciliśmy w historii” (10.06.1979).

Mądrość narodu polega na tym, że nawet z trudnych wydarzeń historii umie wyciągać właściwe wnioski, bo tylko wtedy historia minionych lat i konkretnych postaci staje się dla następnych pokoleń prawdziwą nauczycielką życia. I chociaż mijały kolejne stulecia, ludzie władzy próbowali zniekształcać i fałszować obraz historii, to jednak prawda bolesnych wydarzeń o konflikcie biskupa Stanisława z królem Bolesławem powracała jako pewna przestroga dla tych, którzy podejmują odpowiedzialność za dalsze losy Ojczyzny. Mę­czeńska krew Stanisława torowała drogę ku przyszłości budowanej na fundamencie Ewangelii, która wzywa do miłości nawet nieprzyjaciół. „I dlatego – jak mówił Jan Paweł II – nasze siedmioletnie rozważanie postaci św. Stanisława, nawiązywanie do Jego pasterskiej posługi na stolicy krakowskiej, ponowne oględziny relikwii, jaką jest czaszka Świętego, na której wyraźnie odczytujemy ślady śmiercionośnych uderzeń – wszystko to prowadzi nas dzisiaj do wielkiej żarliwej modlitwy o zwycięstwo ładu moralnego w tej trudnej epoce naszych dziejów.”

Dzieje naszego narodu 30 lat temu otwierały się na nową rzeczywistość, która rodziła się wraz z kolejnymi latami pontyfikatu Jana Pawła II i tworzeniem się Solidarności. Dziś są one pilnym wezwaniem do tworzenia solidarności serc na fundamencie żywej wiary, Bożej prawdy, sprawiedliwości, szacunku dla każdego rodzącego się życia i miłosiernej troski o godność człowieka, który już sam nie może się obronić. Niszczenie wspólnoty rodzinnej, tworzenie prawnych furtek dla aborcji czy eutanazji, deptanie Bożych przykazań pod szczytnymi hasłami europejskości czy demokracji to niszczenie tego ładu moralnego, o który upominał się św. Stanisław i za który poniósł śmierć męczeńską. Niech więc w trosce o ład moralny w naszym narodzie i w naszych sercach będą nam bliskie słowa Pana Jezusa, który zapewnia swych uczniów: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,10).

 

2. Św. Jacek Odrowąż (ok. 1183–1257) – trwający przy Źródle Miłości

Kolejny „dzwon miłosierdzia” w krakowskich Łagiewnikach nosi imię: św. Jacek. Dla wielu przybywających pielgrzymów jest to postać dość odległa w czasie, choć jego relikwie spoczywają w dominikańskim kościele Świętej Trójcy w Krakowie. Związał się z tym miastem już od czasu przygotowania do kapłaństwa, które przeżywał pod opieką postaci, takich jak ówczesny kanonik kapituły krakowskiej i kanclerz księcia Leszka Białego, Iwo Odrowąż – późniejszy biskup krakowski, oraz znany biskup Wincenty Kadłubek, który zasłynął również jako człowiek zatroskany o przekaz bogactwa historii kolejnym pokole­niom. Jacek po dalszych studiach w Paryżu i Bolonii został kapłanem i kanonikiem krakowskim, ale pod wpływem Iwo Odrowąża udał się do Rzymu, gdzie poznał św. Dominika i wstąpił do zakonu. Po powrocie założył w Krakowie pierwszy klasztor dominikański, by wraz z ważną posługą ewangelizacji szerzyć kult do Matki Bożej i modlitwę różańcową. Czynił to nie tylko w Polsce, bo jego misje ewangelizacyjne sięgały na teren Rusi, Prus, Pomorza i Śląska, a nawet – jak podaje tradycja – dotarł do Danii, Szwecji, na Krym i do Azji Środkowej. Był głęboko przekonany, że Maryja w najdoskonalszy sposób może poprowadzić swoje dzieci drogami prawdy, wierności Bożym przykazaniom i chrześcijańskiego miłosierdzia.

Warto więc, rozważając kolejne tajemnice Różańca świętego, się­gnąć także do wymownej legendy, która wspomina, że kiedy św. Jacek był zmuszony do ucieczki przed Tatarami z Kijowa, zabrał wówczas ze świątyni najcenniejszy skarb, czyli Najświętszy Sakrament, aby nie został sprofanowany. Usłyszał jednak w tym momencie z figury głos Matki Najświętszej, która postawiła mu pełne niepokoju pytanie: „Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę”? Kiedy był trochę przerażony, że kamiennej figury nie udźwignie, miał usłyszeć zapewnienie Maryi, że nie będzie dla niego zbyt wielkim ciężarem. Stąd bardzo często w ikonografii św. Jacek przedstawiany jest z monstrancją i figurą Matki Najświętszej. W ten sposób poprzez wieki ten wybitny kaznodzieja i niestrudzony misjonarz wskazuje nam niezawodny sposób, jak można uczyć się życia wiarą na co dzień, czerpiąc apostolski zapał, nadzieję i siłę wprost od Jezusa, obecnego w Eucharystii. Do wiernego trwania przy Źródle Miłości zachęca nas Maryja, która jest Matką pięknej miłości i wierną Uczennicą Jezusa. Tą drogą podążał św. Jacek, wychowując w duchu miłosierdzia kolejne zastępy kapłanów i wiernych. Maryja wyszła mu na spotkanie w uroczystość swego Wnie­bowzięcia 1257 roku, bo nigdy nie była mu ciężarem, ale najlepszą Przewodniczką do nieba.

Na każdym etapie naszej ziemskiej wędrówki Maryja prowadzi nas do Wieczernika! Błogosławiony Jan Paweł II w encyklice o Eu­charystii pisze, że „Maryja w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła. Kiedy – nawiedzając Elżbietę – nosi w łonie Słowo, które stało się ciałem, Maryja w pewnym sensie jest «tabernakulum» – pierwszym «tabernakulum» w historii, w którym Syn Boży (jeszcze niewidoczny dla ludzkich oczu) pozwala się adorować El­żbiecie, niejako «promieniując» swoim światłem poprzez oczy i głos Maryi. Czy zatem Maryja kontemplująca oblicze Chrystusa dopiero co narodzonego i tuląca Go w ramionach, nie jest dla nas niedoścignionym wzorem miłości i natchnienia podczas każdej naszej Ko­munii eucharystycznej?” (Ecclesia de Eucharistia, 55). Trwanie przy Jezusie to najlepsza szkoła mądrości i miłosierdzia, o której przypomina nam św. Jacek i do której prowadzi nas nieustannie Boża i nasza Matka.

 

3. Św. Jadwiga Królowa (1374–1399) – orędowniczka ubogich

Marzeniem wielu młodych ludzi jest ukryta tęsknota za tym, by być pięknym, mądrym i bogatym. Każdy z tych przymiotów możemy odnaleźć w życiu i posłudze młodziutkiej kobiety – Jadwigi Ande­gaweńskiej, która w 1384 roku przybyła z Węgier do Krakowa, by jako królowa kierować i rządzić naszym narodem. Już historyk Jan Długosz w dniu jej nagłego odejścia w wieku 25 lat zanotował wymowne słowa: „Była ona bardzo powabna na twarzy, lecz obyczajami i cnotami powabniejsza; krzewicielka wiary katolickiej na Litwie. Ona ustanowiła kolegium psałterzystów w katedrze wawelskiej i tamże dwa ołtarze. Ona fundowała klasztor Najświętszej Maryi na Piasku. Ona zaczęła uposażać i murować klasztor braci Słowian”. Dodaje też, że „była pełna wielkiej szczodrobliwości wobec biednych, wdów, przybyszów, pielgrzymów i wobec wszelkich nędzarzy i potrzebujących. (...) Ona przeznaczyła testamentem wszystkie swe klejnoty, szaty, pieniądze i wszystek strój królewski na pomoc dla biednych i na odnowienie Uniwersyte­tu Krakowskiego” (Roczniki Królestwa Polskiego).

Źródłem jej szczodrobliwości była żywa wiara. Głęboko odczuwała w swym sercu, że biednym jest ten, kto nie zna prawdziwego Boga. Chrystianizacja Litwy przez zawarcie związku z Jagiełłą wymagała z jej strony wielkiej ofiary serca, której uczyła się od Jezusa ukrzyżowanego! Wiedziała, że biednym jest także ten, kto nie ma możliwości rozwijania swoich talentów, stąd tak wielka troska o rozwój Akademii Krakowskiej. W duchu wiary odczuwała też, jak biednym jest również ten, kto nie ma prawa głosu; komu brak nadziei na sprawiedliwość, która bywa deptana nieraz nawet w majestacie prawa. Poprzez pokolenia brzmi jej pytanie, jakie skierowała do swego męża po skrzywdzeniu chłopów: „Kto im łzy osuszy?!”. W sytuacji, kiedy biednym dzieje się krzywda, nie można się zasłaniać prawem czy nawet odruchami miłosierdzia, gdy brakuje zwykłej sprawiedliwości. Jadwiga nosiła głęboko w swym sercu słowa Jezusa: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bo­żymi” (Mt 5,9). Troska o sprawiedliwy pokój sprawiła, że św. Jadwiga mimo młodego wieku i obcego pochodzenia stała się prawdziwie matką polskiego narodu, zatroskaną nie tylko o jego byt materialny, ale i rozwój duchowy. To jej dobroci i mądrości zawdzięczamy odnowę Akademii Krakowskiej i jej głębokiej wierze zawdzięczają Litwini wejście do rodziny narodów chrześcijańskich! Światło jej dobrych czynów świeci nadal i jest dla nas wezwaniem do postawy miłosierdzia na co dzień.

Wymownym dopełnieniem odwiedzin błogosławionego Jana Pa­wła II w łagiewnickim sanktuarium Bożego Miłosierdzia w dniu 7 czerwca 1997 roku była uroczysta kanonizacja kobiety o sercu miłosiernym – Królowej Jadwigi, której dokonał w dniu następnym na Błoniach krakowskich. Powiedział wówczas na zakończenie homilii: „Święta nasza Królowo, Jadwigo, ucz nas dzisiaj – na progu trzeciego tysiąclecia – tej mądrości i tej miłości, którą uczyniłaś drogą swojej świętości. Za­prowadź nas, Jadwigo, przed wawelski krucyfiks, abyśmy jak ty poznali, co znaczy miłować czynem i prawdą i co znaczy być prawdziwie wolnym. Weź w opiekę swój naród i Kościół, który mu służy, i wstawiaj się za nami u Boga, aby nie ustała w nas radość”. Idąc jej śladami, można być duchowo pięknym, mądrym i bogatym.

 

4. Św. Jan Kanty (1390–1473) – nauczyciel mądrości

Pomnażanie wiedzy może być bardzo fascynujące, ale bez harmonijnego kształtowania serca i prawego sumienia bywa bardzo niebezpieczne. Wiedział o tym wybitny profesor Akademii Krakowskiej Jan Kanty, który zabiegał o to, by przekazywać swoim studentom nie tylko rzetelną wiedzę, ale pomagać im również w rozwoju miłości. Ewan­geliczna „mądrość serca” troszczy się o stały, harmonijny i pełny rozwój umysłu, woli oraz serca, które jest synonimem nie tylko uczuć, ale ludzkiego wnętrza i sumienia. O tej harmonii mówił pięknie do profesorów i studentów Jan Paweł II: „Powołaniem każdego uniwersytetu jest służba prawdzie: jej odkrywanie i przekazywanie innym. Wymow­nie wyraził to artysta projektujący kaplicę św. Jana z Kęt, która zdobi kolegiatę. Sarkofag mistrza Jana został umieszczony na barkach postaci uosabiających cztery tradycyjne wydziały uniwersytetu: Medycynę, Prawo, Filozofię i Teologię”. Papież wymienił też kilka wybitnych postaci „spośród rzeszy tych, którzy na drodze szukania prawdy doszli zarazem do szczytów świętości i tworzą duchowe piękno naszego uniwersytetu” (8.06.1997).

Duchowe piękno Jana z Kęt objawiło się nie tylko w jego wielkiej pracowitości oraz głębokiej wiedzy, jaką zdobywał podczas studiów i którą później przekazywał kolejnym pokoleniom studentów, ale w postawie miłosierdzia, którą praktykował na co dzień. Miał głęboko w swym sercu słowa Jezusa: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7). Zasłynął jako człowiek wielkiego miłosierdzia, które czynił względem ubogich oraz studentów. Często finansował studia dla biednych żaków i troszczył się o ich wyżywienie, dostrzegając w nich oblicze cierpiącego Chrystusa. Liczne legendy związane z postacią św. Jana odsłaniają jego „mądrość serca”, którą sam zdobywał i pogłębiał przy Sercu Jezusa Miłosiernego. W historię jego życia głęboko wpisała się też legenda o sierocie, której pomógł wyjść z tragicznej sytuacji. Widząc jej rozpacz z powodu rozbitego dzbana i rozlanego mleka, Jan cudownie złączył dzban na nowo, zaś wodę zaczerpniętą z Rudawy przemienił w mleko, by oszczędzić sierocie wielkiej awantury ze strony macochy. Ten rozbity dzban jest też symbolem poranionej ludzkiej duszy, która potrzebuje wielkiego miłosierdzia, by mogła w niej na nowo zamieszkać Boża łaska i życie nadprzyrodzone.

Biografowie podają, że krakowski Profesor odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej i aż pięciokrotnie pielgrzymował do Rzymu, choć nie ma na to wyraźnych dowodów. Jedyną historycznie pewną datą w życiorysie Jana Kantego jest dzień jego śmierci, a więc 24 grudnia 1473 roku. Wigilia Bożego Narodzenia stała się dla Jana z Kęt dniem narodzin dla nieba, do którego dorastał na ziemi przez wierne podążanie za Chry­stusem drogą prawdy, mądrości i miłosierdzia. Do wigilijnego stołu mógł zasiąść blisko Pana Jezusa, w gronie świętych i błogosławionych, by podzielić się z nimi polskim opłatkiem, tak jak przez lata dzielił się z biednymi kawałkiem własnego serca. On bowiem zrozumiał dobrze ewangeliczną prawdę, że w ubogim jest obecny Chrystus. Przypomniał o niej Kościół z okazji Jubileuszu Roku 2000, wyjaśniając, że jednym z ważnych kierunków pielgrzymowania do miejsc świętych, gdzie można zyskać szczególne łaski, jest wędrowanie do Chrystusa obecnego w cierpiącym człowieku! Wierni mogli wówczas uzyskać odpust zupełny „w dowolnym miejscu, jeśli – nie szczędząc czasu – nawiedzą braci będących w potrzebie lub zmagających się z trudnościami (chorych, więźniów, osoby samotne w podeszłym wieku, niepełnosprawnych itp.), udając się niejako z pielgrzymką do Chrystusa obecnego wśród nich (por. Mt 25,34-36) i spełniając zwykłe praktyki ducho­we, sakramentalne i modlitewne”. Wzorem takiego wędrowania jest św. Jan Kanty, który dla potomnych stał się prawdziwym nauczycielem Bożej mądrości.

 

5. Św. Rafał Kalinowski (1835–1907) – przewodnik na drogach wolności

Kolejnym „dzwonem miłosierdzia” w krakowskich Łagiewnikach jest dzwon, na którym widnieje napis: św. Rafał Kalinowski. Dzwon ten, wzywając pielgrzymów do ufności Bożemu miłosierdziu, stara się przypomnieć również o trudzie dorastania do wolności. Dar ten w narodzie polskim był opłacany kosztem wielu powstańczych zrywów, heroicznych ofiar, ustawicznej tęsknoty za niepodległością. Świadkiem i uczestnikiem tych zmagań był także Józef Kalinowski, który miłość do Ojczyzny oraz poczucie patriotyzmu nosił w swym sercu od najmłodszych lat.

Duchową drogę do pełnej wolności w życiu św. Rafała Ka­li­now­skiego ukazują w ciekawej formie artystycznej trzy obrazy, znajdujące się w kaplicy ku jego czci w Czernej, gdzie spoczywają relikwie tego niezwykłego Polaka. Pierwszy z obrazów przedstawia Józefa Kali­now­skiego jako młodego, przystojnego inżyniera, który po skończeniu studiów i zdobyciu dyplomu ma prawo myśleć o samodzielnym ułożeniu sobie dalszej przyszłości; ma prawo decydować o osobistych losach; ma prawo doświadczać wolności, jaką został obdarowany przez Stwór­cę. Jednakże w te szlachetne pragnienia wdziera się wiadomość o wybuchu powstania, które jest szansą wywalczenia wolności dla własnej Ojczyzny, która po kolejnym rozbiorze jest nadal pod jarzmem niewoli. Cena, jaką Józef Kalinowski płaci za udział w powstaniu styczniowym jest ukazana na drugim obrazie. Objawia on gorzką prawdę, jak z odważnego dowódcy, pełniącego funkcję ministra wojny, można zrobić zesłańca, który w łachmanach podąża jako skazaniec na daleką Syberię z perspektywą zbliżającej się śmierci. Dramat zesłania, katorżniczej pracy i niepewności jutra stanie się jednak dla Józefa Kalinowskiego czasem głębokiego przemyślenia swojego życia i zadań, jakie stawia przed nim nie tylko doczes­na Ojczyzna, ale sam miłosierny Bóg! Trzeci więc z obrazów ukazuje już nie inżyniera czy zesłańca, ale karmelitę – ojca Rafała, którego umiłowanym miejscem przywracania ludziom duchowej wolności stał się konfesjonał! Przez tę posługę był on w całej pełni apostołem Bożego miłosierdzia, ułatwiającym wiernym dostęp do źródeł Bożej łaski.

W perspektywie tak rozumianej wolności warto wspomnieć wydarzenie, które miało miejsce po powrocie z zesłania, gdy Józef Ka­linowski został wychowawcą księcia Augusta Czartoryskiego (obecnie już błogosławionego). Poświęcał mu wiele czasu w Paryżu, towarzyszył mu w licznych podróżach do miejsc uzdrowiskowych, które nawiedzali ze względu na jego słabe zdrowie. Nie zmarnował jednak żadnej okazji, aby pełnić czyny miłosierdzia wobec ubogich, których los był mu szczególnie bliski. Kiedy pewnego razu podczas pobytu ze swym wychowankiem w Polsce towarzyszył swej siostrze w drodze do Szczawnicy, zachwycał się pięknem krajobrazu, a widząc w okolicach Czorsztyna i Nidzicy jedynie ruiny zamków obronnych, myślał o wspaniałej przyszłości Polski, dla której tyle wycierpiał. Snuje też ważną refleksję, że najważniejsza walka toczy się o ducha narodu, o kształtowanie prawych ludzi, którzy mogą się stać w przyszłości fundamentem niepodległej Polski. Jako karmelita zapisał piękne karty w trudzie odbudowy zniszczonego klasztoru w Czernej i założeniu nowego w Wa­dowicach oraz te najpiękniejsze – w odnowie ludzkich sumień.

Nie było mu dane doczekać momentu, gdy Polska odzyskała niepodległość, bo odszedł do Pana w 1907 roku, ale dobre ziarno prawdy, przebaczenia i miłości, które Rafał Kalinowski zasiewał w sercach swoich penitentów wydały plon obfity. Pracując z młodzieżą, umiał patrzeć ku przyszłości, uświadamiając jej, że choć nie ma Polski na mapie Europy, to jednak naród polski żyje w ich sercach. Starał się więc wychować młode pokolenie, które kiedyś będzie potrafiło żyć w wolnej Polsce. Jan Paweł II, ukazując jego przykład całemu światu, powiedział o nim w dniu kanonizacji: „Chciałbym, aby za przyczyną Najświętszej Dziewicy przykład św. Rafała Kalinowskiego zachęcił wszystkich chrześcijan naszych czasów (...) do głębszego przeżywania swej wiary, do odważnego i konsekwentnego świadczenia o niej przez ofiarną służbę braciom” (Rzym, 17.11.1991). Uczeń Chrystusa miłosiernego to człowiek, który – jak św. Rafał – nawet w sytuacji zniewolenia patrzy z ufnością ku przyszłości!

 

6. Św. Brat Albert (1845–1916) – miłosierdzie z drewnianą nogą

Spośród wielu polskich świętych i błogosławionych do jednego tylko przypisano to specyficzne słowo: brat, a jest nim św. Brat Albert; i do jednej osoby przypisano to wymowne słowo: siostra, a jest nią św. Siostra Faustyna. Jest to jakby odpowiedź na głębokie pragnienie ludzkiego serca, by w drugim człowieku można było odnaleźć taką braterską duszę; odnaleźć właśnie: brata – siostrę, którzy niekoniecznie w sposób fizyczny, ale duchowy należą do tej samej Bożej rodziny! Stąd pośród łagiewnickich „dzwonów miłosierdzia” są umieszczone te dwie postacie, których serca dojrzewały do miłosierdzia na krakowskiej ziemi.

W książce Jana Pawła II Wstańcie, chodźmy! znalazło się jego bardzo osobiste świadectwo o spotkaniu ze świętymi. Karol Wojtyła wspomina w nim najpierw swoje młodzieńcze wędrowanie podczas okupacji z Solvayu, gdzie pracował, do Łagiewnik, do Jezusa Miło­siernego i grobu s. Faustyny, a zaraz po tym daje świadectwo o swym duchowym przewodniku. Pisze on tak: „Wspaniałe miejsce w mojej pamięci, a nawet więcej, w moim sercu, ma Brat Albert – Adam Chmielowski. Walczył w powstaniu styczniowym i w tym powstaniu pocisk zniszczył mu nogę. Odtąd był kaleką – nosił protezę. Był dla mnie postacią przedziwną. Bardzo byłem z nim duchowo związany. Napisałem o nim dramat, który zatytułowałem Brat naszego Boga. Fascynowała mnie jego osobowość. Widziałem w nim model, który mi odpowiadał: rzucił sztukę, żeby stać się sługą biedaków – „«opuchlaków», jak ich nazywano. Jego dzieje bardzo mi pomogły zostawić sztukę i teatr i wstąpić do seminarium duchownego” (s. 150). Dzięki tej decyzji Karol Wojtyła przeszedł od teatru do realiów życia; od odgrywania scen z życia innych osób do spotkania z konkretnym, żywym człowiekiem, który potrzebował jego mądrości i serca. Miłosierny Bóg sprawił, że sceną jego pasterskiej posługi stały się już nie tylko świątynie, ale stadiony i place całego świata.

Idąc tym tropem, można stwierdzić, że Adam Chmielowski nie porzucił sztuki, lecz odnalazł jej głębszy sens. Jego najsłynniejszy obraz Ecce Homo, ukazujący znieważone oblicze Chrystusa, jest obrazem niedokończonym. Wiedział bowiem, że jeszcze ważniejszą i pilniejszą sprawą jest odnawianie zniszczonego oblicza Chrystusa w ludzkich sercach. Zanim jednak dotarł do głębszych pokładów ludzkiej duszy, troszczył się o codzienną strawę oraz choćby skromne odzienie dla swoich biedaków, których słabość czy realia uwarunkowań społecznych zepchnęły na margines życia. Jeden z biografów Adama Chmie­lowskiego pisze o nim, że „został na całą Polskę symbolem tej nowej miłości, co idzie z serca człowieka do jego oczu tak, że w nędzarzu dostrzega piękno bożego obrazu. Brat Albert pozostanie nadal, na całe życie artystą, by służyć pięknu w sponiewieranym człowieczeństwie.” (ks. Konstanty Michalski, Brat Albert, Kraków 1986, s. 22). Nie zapomniał jednak o tym, że ta miłość winna też odnawiać ludzką duszę. Troszczył się o miejsce dla Boga w swym sercu i w tym duchu pisał też w liście do swego przyjaciela Józefa Chełmońskiego: „Zanadto dobry jesteś artysta, żebyś miał nie wiedzieć, co jest ze sztuką i jak jest i brać na serio estetyczne błazeństwa; zanadto też znowu rozumny jesteś człowiek, żebyś miał sądzić, że Pana Boga nie ma, a światy i ludzie z jakiegoś przypadku powstały. Dlatego Ci piszę i radzę jak twój szczery brat i kolega, żebyś się ratował i po prostu, po chłopsku do spowiedzi poszedł, jak możesz najprędzej: «żebyś miał grzechy czerwone jak krew, wybieleją Ci jak śnieg», bo za nie Chrystus Pan odcierpiał na krzyżu”. (tamże, s. 152). Miał odwagę, by swemu przyjacielowi przypomnieć o tym, co najważniejsze w perspektywie życia wiecznego. Czynił to tak, jak „szczery brat i kolega”, na którym można polegać, bo pragnie dla nas dobra.

To św. Brat Albert – Brat naszego Boga i Brat każdego z nas, uczy nas wraz ze św. Faustyną, którzy dojrzewali na tej samej krakowskiej ziemi, pełniąc posługę miłosierdzia, tej trudnej sztuki, byśmy także w zniszczonym, czasem sponiewieranym obliczu człowieka, dostrzegli twarz cierpiącego Chrystusa; byśmy przez otwarcie oczu i serca na potrzeby bliźnich stawali się braćmi i siostrami miłosiernego Boga!

 

7. Św. Siostra Faustyna (1905–1938) – miłosierdzie owocem miłości

W kaplicy św. Siostry Faustyny w krakowskich Łagiewnikach, poświęconej uroczyście w setną rocznicę jej chrztu, a więc 27 sierpnia 2005 roku, Pan Jezus mieszka w tabernakulum w kształcie kwiatu. Artysta chciał w ten sposób ukazać cenną prawdę, którą Apostołka Bożego Miłosierdzia zanotowała w swoim Dzienniczku, że miłość Boża jest kwiatem, a jej owocem jest miłosierdzie (por. Dz. 651, 949). Kto żyje blisko Jezusa Eucharystycznego, ten sam staje się – jak św. Siostra Faustyna – coraz bardziej miłosierny wobec bliźnich. Kiedy Faustyna zapytała kiedyś Jezusa, w jaki sposób ma czynić miłosierdzie względem bliźnich, otrzymała bardzo konkretną odpowiedź: „Podaję ci trzy sposoby czynienia miłosierdzia bliźnim: pierwszy – czyn, drugi – słowo, trzeci – modlitwa; w tych trzech stopniach zawiera się pełnia miłosierdzia i jest niezbitym dowodem miłości ku mnie. W ten sposób dusza wysławia i oddaje cześć miłosierdziu mojemu” (Dz. 742).

W pouczeniu Pana Jezusa skierowanym do swojej Sekretarki ważna jest nie tylko treść przesłania, ale i kolejność praktykowania miłosierdzia względem bliźnich. Na pierwszym miejscu pojawia się bowiem nie modlitwa, która otwiera nasze serca na spotkanie z Bogiem, lecz czyn miłosierdzia, który wymaga otwartości oczu i serca na potrzeby bliźnich. Praktyczną lekcję takiej postawy otrzymała św. Siostra Fau­styna podczas spotkania z młodzieńcem, który zawitał niespodziewanie do klasztornej furty. „Wynędzniały młodzieniec, w strasznie podartym ubraniu, boso i z odkrytą głową, bardzo był zmarznięty, bo dzień był dżdżysty i chłodny. Prosił coś gorącego zjeść. Jednak gdy poszłam do kuchni, nic nie zastałam dla ubogich; jednak po chwili szukania znalazło się trochę zupy, którą zagrzałam, wdrobiłam trochę chleba, i podałam ubogiemu, który zjadł. W chwili, gdy odbierałam od niego kubek, dał mi poznać, że jest Panem nieba i ziemi. Gdym Go ujrzała, jakim jest, znikł mi z oczu”. Apostołka Jezusa Miłosiernego snuje dalej refleksję: „Kiedy weszłam do mieszkania i zastanawiałam się o nad tym, co zaszło przy furcie, usłyszałam te słowa w duszy: «Córko moja, doszły uszu moich błogosławieństwa ubogich, którzy oddalając się od furty – błogosławią mi, i podobało mi się to miłosierdzie twoje w granicach posłuszeństwa, i dlatego zszedłem z tronu, aby skosztować owocu miłosierdzia twego»” (Dz. 1312). Tak spontaniczna i zdecydowana postawa św. Faustyny nie byłaby możliwa, gdyby jej serce już wcześniej nie było ukształtowane przy Sercu Jezusa Miłosiernego, wobec którego przyszło jej teraz zdać praktyczny egzamin.

Egzamin ten trwa nieustannie, bo wspomniane „dzwony miłosierdzia” znajdują się pomiędzy bazyliką Bożego Miłosierdzia a Mło­dzie­żowym Ośrodkiem Wychowawczym. Ośrodek ten, noszący imię św. Sio­stry Faustyny, przygarnia dziewczęta z różnych stron Polski, dając im szansę rozwijania talentów i kształtowania swoich charakterów. Gi­mnazjum, szkoła zawodowa o profilu gastronomicznym i fryzjerskim oraz liceum są dla nich wielką szansą, by mimo zaniedbań czy pogmatwanych dróg dotychczasowego życia mogły uwierzyć, a przede wszyst­kim doświadczyć, że nie wszystko jest już stracone. Dużą radością jest fakt, że wiele z nich zdobywa konkretny zawód, zdaje egzamin dojrzałości, odnajduje swoje miejsce przy Sercu Jezusa, który nikogo nie przekreśla, lecz wskazuje drogę nawrócenia i rozwoju prawdziwej miłości. Duchowego odrodzenia doświadczają także liczni pielgrzymi, nawiedzający kaplicę klasztorną oraz bazylikę Bożego Miłosierdzia, gdzie trwa całodzienna posługa miłosierdzia w konfesjonale. Przy­bywający pielgrzymi chcą bowiem nie tylko usłyszeć Dobrą Nowinę, ale i w jej blasku uporządkować swoje życie, niekiedy po wielu latach zaniedbań. Dopełnieniem serdecznego spotkania z Jezusem przebaczającym jest zazwyczaj bardzo osobiste spotkanie z Nim w kaplicy Wieczystej Adoracji, gdzie każdy może w ciszy serca – o każdej porze dnia i nocy – powierzyć Bogu radości i troski, z jakimi przybywa do łagiewnickiego sanktuarium.

W tym gronie świętych, których imiona są umieszczone na łagiewnickich „dzwonach miłosierdzia”, jest miejsce dla każdego z nas, jeśli przez czyny, słowa i modlitwę będziemy na co dzień wytrwale podążać razem z Jezusem drogami prawdy, przebaczenia i miłości!